MyMenu

We cannot deny

About Site

Were you weak, was I strong

Blog: okno
Autors:Eurodyka

Elit Site

I've never wanted anyone so bad

Layout

Kaleidoscope of colors

Lay by Carla
for okno


History of my life

When you looked into my eyes

Pierwszy Drugi Trzeci Czwarty Piąty Szósty Siódmy Ósmy Dziewiąty Dziesiąty Jedenasty Dwunasty Trzynasty Czternasty

Rozdział Trzynasty

czwartek, 17.maja.2012, 21:52

 


Cassidy przeklinałby się w duchu, gdyby był trochę mniej oszołomiony i gdyby potrafił wytłumaczyć, co się właściwie stało. Jednak tak naprawdę nie miał pojęcia. Co gorsza, nie wiedział kompletnie, co zaraz usłyszy od Spavin... I obawiał się, że właśnie zniszczył ich.... relację, bo nie potrafił się powstrzymać by jej nie pocałować. I nie tylko.                       


-Cassidy- odezwała się w końcu spokojnie. Jedyne co przyszło mu do głowy to pytanie, czy kiedykolwiek wcześniej nazwała go po imieniu. I czy to zły czy dobry znak.


-Nie będę twoją kolejną przyjaciółką z dodatkami. Zdecyduj się, czego chcesz i wtedy ze mną gadaj- powiedziała wyniośle i skierowała się do wyjścia ze strychu- Jutro ósma śniadanie, będziemy tworzyć strategię.


Wyszła, a Cassidy wciąż się nie ruszył, zastanawiając, co właściwie miała na myśli. Zdecyduj się, czego chcesz? Przecież to oczywiste. Chciał jej. Ale przecież tego nie dostanie.


 


W niedzielę o ósmej rano mało kto pojawia się na śniadaniu. Kilkoro młodszych uczniów. Największą frekwencją oczywiście cieszył się Ravenclaw. Mimo wszystko, były to jednostki. Dlatego Cassidy i Candance trochę się wyróżniali. Nie zaczęli nawet rozmawiać: mózg Can pracował intensywnie nad planem, a Cassidy był zbyt zaspany by myśleć z grubsza poprawnie.


Drzwi otworzyły się i niemal wszyscy spojrzeli w tamtym kierunku. Wszyscy z wyjątkiem Sanda, który właśnie przysypiał, oparty o dzbanek z sokiem. Candance z kolei jako jedyna nie opuściła wzrok z osoby, która weszła.


Sayle Banner zauważył ich niemal od razu i z lekkim uśmiechem ruszył w tym kierunku. Pomimo że nie należał do rannych ptaszków tak samo jak Cassidy, wyglądał świeżo i zdawał się być w pełni rozbudzony. Can znała go wystarczająco dobrze by wiedzieć, że zawdzięcza to sporej dawce kawy.


-Hej, kochana- powiedział wesoło, całując ją w oba policzki- Cześć... Cassidy.


Chciał przywitać się z Sandem, ale zorientował się, że nie ma to większego sensu ze względu na nieobecność duchową.


-Co mu jest?


-Zdaje się, że nie lubi poranków- poinformowała Candance z ironią- Co tu robisz?


Sayle przestał się uśmiechać wesoło i spojrzał na nią poważnie.


-Nate wczoraj do mnie przyszedł. Powiedział mi, że Cassidy zaatakował Ellie i że ty go broniłaś. I napomknął, że chciałby bym był jego sekundantem.


-A ty?- zapytała Spavin i nawet on ledwo zauważył napięcie w jej głosie. Uśmiechnął się zawadiacko i do niej mrugnął.


-Powiedziałem mu oczywiście, że chyba postradał zdrowy rozsądek i umiejętność oceny sytuacji, skoro taka zakłamana lalunia jak Greco sprawiła, iż zapomniał, kto jest jego przyjacielem.


Candance uśmiechnęła się do niego i z rozmachu lekko uścisnęła.


-Oczywiście wcale cię nie posłuchał. Jest zahipnotyzowany, obrażanie Ellie w jego obecności działa na jej korzyść.


Sayle przestał się uśmiechać i zaklął.


-W takim razie co robimy?


Candance przez chwilę w milczeniu mieszała cukier w herbacie, pozornie całkowicie oddając się tej czynności. W końcu spojrzała na Sayle'a.


-Mam tego dość, Sayle- mruknęła cicho- Postaram się przygotować jak najlepiej Sanda, ale poza tym nie zamierzam nic zrobić. Wiesz- kontynuowała nagle szybciej, jakby bała się, że jej przerwie zanim zdąży się usprawiedliwić- może to wygląda, jakbym się poddawała. Ale z drugiej strony, mam dość tego starania się, które obraca się przeciwko mnie. Po prostu jestem zmęczona ochranianiem go. Nie jest dzieckiem, niech sobie daje się oszukiwać... a ja też chcę mieć swoje życie. Myślę, że chcę... Chcę być znów sobą. Przy wszystkich.


Sayle wyglądał na zdumionego takim długim przemówieniem i jego treścią... zanim zdążył się zorientować, co zostało powiedziane, rozległo się klaskanie. Oboje podskoczyli i spojrzeli zszokowanie na Cassidy'ego, który najwyraźniej wyrwał się z objęć Morfeusza, bo teraz uśmiechał się szeroko i wyglądał dość przytomnie. No i klaskał.


-Hej, Spavin, to było bardzo natchnione. W końcu zaczynasz się zachowywać normalnie! Przynajmniej według moich norm- dodał ciszej, jakby do siebie, a głośniej kontynuował- Znam Nate'a dużo krócej niż wy, więc pewnie nie wiem do końca, co czujecie... ale wyobrażam się, że gorzej ode mnie, a ja sam się czuję fatalnie. I to wcale nie dlatego, że pierwszy raz, ktoś mnie oskarża o fałszowanie sympatii. Oskarża o cokolwiek. To dla mnie fatalny rok, najpierw Julia, teraz Nate... Obwiniam o to ciebie- zażartował i obdarzył Spavin szerokim bezczelnym uśmiechem.


Sayle wstrzymał powietrze i Cassidy zorientował się, że chyba gdzieś popełnił błąd. Candance uniosła brew, wyraz twarzy miała dosyć... groźny. Ledwo powstrzymał się od uśmiechu. Wcale nie żałował. Tak, wkurzał ją. Taki miał styl i w końcu ona się z tym pogodzi i uzna to za urocze. Może zajmie mu to trochę długo, ale w końcu na pewno ją do siebie całkowicie przekona. Bo mimo że w teorii ona przyznaje się do ich bliżej niesprecyzowanej relacji, można wyczuć, że wciąż mu do końca nie ufa. Ale to z czasem, wszystko, co ważne przychodzi z czasem. Kiedyś będzie się zastanawiać, jak mogła mieć co do niego wątpliwości.


-Dokładnie o co, Sand?- zapytała. Wyszczerzył bezczelnie zęby i spojrzał na coraz bardziej zszokowanego i przerażonego Bannera.


-Oj, powiało chłodem Lodowej Damy- powiedział, pocierając ostentacyjnie ramiona. Uspokoił się i spojrzał na Can- Miałem na myśli tylko tyle, Spavin, że zdajesz się jednocześnie wyzwalać we mnie to, co najlepsze jak to, co... może nie najgorsze, ale... zwyczajne. Już się nie czuję jak święty, bo przynajmniej ktoś mnie nie lubi. Czuję się tylko trochę mniej sprytny i czarujący... Moja samoocena niedługo osiągnie dno.


Candance patrzyła na niego, kompletnie nie zmieniając wyrazu twarzy. W końcu pokręciła głową i spojrzała, jakby szukając natchnienia, w talerz.


-Nic dziwnego, że nie mogę przewidzieć jego reakcji, on ma nie po kolei w głowie. Zamiast w ciągu rosnącym, cyferki w jego głowie urządzają sobie barbecue... Pewnie stąd tyle przepalonych przewodów i taka unosząca się z uszu para...- gadała do siebie.


Sayle patrzył na nią z przerażeniem.


Drzwi do sali otworzyły się ponownie, ale nie zwrócili na to uwagi, bo właśnie Cassidy zaczął chichotać jak szalony. Po chwili dołączył się do niego Sayle. Candance uśmiechnęła się pod nosem. Po chwili podeszła do ich miejscówki Milly.


-Cześć!- zawołała wesoło- Widzę, że mimo wczorajszego dramatu, jesteście wszyscy w zadziwiająco dobrym humorze. Cieszę się, inaczej sama nie musiałabym być przygnębiona... Jednak nie powstrzymam pytania, co się właściwie stało.


Niemal natychmiast zapadła ponura cisza. Cassidy i Candance, jedyne osoby znające całą historie, spojrzeli na siebie pytająco. Spavin kiwnęła głową i spojrzała na młodszego Gryfona.


-Sayle, zaklęcie prywatności- poprosiła. Chłopak uniósł brwi, ale bez słowa wyciągnął różdżkę.


-Chyba się nie znacie- kontynuowała- Sayle, to Milly, siostra Cassidy'ego. Milly to Sayle Banner, mój przyjaciel.


Milly spojrzała na niego podejrzliwie i z kompletnym brakiem sympatii czy zainteresowania. Sayle aż się wzdrygnął. Jako chłopak nadzwyczaj lubiany przez żeńską część społeczeństwa, rzadko spotykał się z takim traktowaniem.


-Mam nadzieję, że bardziej udany niż Ellie- burknęła.


-Czy Nate- dodał Cassidy ponuro- Mała, nie bądź niegrzeczna. Szczerze uważam Bannera za gogusia i lalusia, ale biorąc pod uwagę jego stosunek wobec sytuacji, jestem w stanie założyć, że jest w tym towarzystwie całkiem na miejscu.


Sayle uśmiechnął się krzywo.


-Widocznie nie wzbudzam przyjaznych uczuć w Sandach, ale dzięki za zaufanie Cassidy. Nie mówiąc już o tym, że to ja znam Can dużo dłużej. I mówię do niej po imieniu- powiedział złośliwie. Sand roześmiał się i uniósł w obronnym geście ręce. Milly usiadła i zaczęła nakładać sobie jedzenie.


-Hej, Banner, wyluzuj. Jasne, że znasz ją dłużej, tylko Can miała dotychczas pecha co do przyjaciół z piaskownicy. No i w zasadzie się nie znamy, więc to, co dotychczas o sobie myśleliśmy powinno w tym momencie zostać włożone w nawias.


Sayle'a wcięło. Spojrzał niepewnie na Candance, która spokojnie jadła, z umiarkowanym zainteresowaniem obserwując rozwój sytuacji.


-On tak poważnie mówił z tym świętym?- zapytał, najwyraźniej zaskoczony dyplomatyczną i aż zakrawającą o idealizm wypowiedzią Sanda.


-Nie wiem- powiedziała spokojnie- Byłam bym wdzięczna gdybyśmy wrócili do tematu, chciałabym zanim skończę dojść do jakiegoś planu.


-A ja chcalaby się dofiecieć, cfo się fczoraj stało- dopytywała się Milly z pełną buzią.


-Tak więc Ellie zahipnotyzowała Sanda, to widziałaś, i wyciągnęła go z sali tak, by zauważył to Nate. Oczywiście pobiegł za nimi. Ellie zaserwowała mu widok....- nagle umilkła, jakby nie potrafiła tego wypowiedzieć. Ochraniając ją przed większym zakłopotaniem pałeczkę przejął łaskawie Cassidy.


-Jak ją całuję, a ona stara się wyrwać. Przynajmniej tak mi powiedziała Spavin, ja pamiętam jak przez mgłę. Nate rzucił się na mnie z pięściami i to już pamiętam dosyć dobrze. Muszę powiedzieć, że miał szczęście, że byłem po hipnozie, bo inaczej odruchowo bym się zaczął bronić taekwondo.


-Uprawiasz taekwondo?- zainteresował się Sayle- Myślałem o rozpoczęciu trenowania jakichś sztuk walki, ale będąc w Hogwarcie nie ma to sensu, więc zrobię to jak skończę.


-Tak. Polecam taekwondo- przyznał Cassidy, ale Milly posłała mu krytyczne spojrzenie i wrócił do relacji- A więc potem zaczęliśmy wymieniać ciosy, a potem między nas wskoczyła Spavin. Gdyby nie była tak dobra w zaklęciach, zauważylibyście na jej policzku siniaka, gdzie uderzył ją Nate.


-Nate cię uderzył?!- zdenerwował się Sayle. Candance wzruszyła ramionami.


-Celował w Sanda, a ja wskoczyłam na linię rażenia, sama się o to prosiłam chyba.


Sayle i Milly spojrzeli na Cassidy'ego w poszukiwaniu potwierdzenia. Kiwnął głową.


-Potem Nate powiedział nam sporo niemiłych rzeczy, jasno sugerując, że nie jesteśmy dłużej jego przyjaciółmi. To chyba wtedy wyzwał mnie na pojedynek. Co było z jego strony raczej niskie. Człowiek honorowy nie proponuje walki o nierównych szansach.


Sayle, jako Gryfon najlepiej rozumiejący kwestię honoru, pokiwał energicznie głową i się skrzywił.


-A ty musiałeś oczywiście ten zakład przyjąć- prychnęła ironicznie Milly. Candance pokiwała głową, patrząc na nią ze zrozumieniem.


-Gryfoni- podsumowała.


-Oczywiście, że musiał go przyjąć- zaperzył się Sayle- Przecież nie można nie przyjąć wyzwania!


Cassidy spojrzał na niego. Czuł do niego rosnące... może nie sympatię, ale poczucie pewnej wspólnoty czy po prostu zrozumienia.


-No dobrze- przerwała tę wyniosłą chwilę męskiej solidarności Milly- A więc, jaka jest stawka?


-Ellie Greco- odpowiedziała Candance uśmiechając się lekko, zauważywszy lekkie zakłopotanie Cassidy'ego- Ten, który przegra, ma się trzymać od niej z daleka.


Sayle roześmiał się.


-No stary, to jak przegrywasz i tak wygrywasz!


Sand uśmiechnął się do niego szeroko.


-Oczywiście. Gryfoni w końcu są mistrzami pojedynków, nawet przegranych.


Przybili nad stołem piątkę. Candance i Milly przyglądały się temu z konsternacją i lekkim pobłażaniem.


-Sand, mam dla ciebie złą wiadomość- przerwała kolejną chwilę- tym razem gryfońskiej solidarności- Candance. Uśmiechnęła się do niego słodkim żmijowatym uśmiechem.


-Zamierzam zrobić wszystko byś chociaż miał szanse wygrać. Przy odrobinie szczęścia.


Cassidy wyszczerzył do niej zęby.


-Kochanie, szczęścia mam w nadmiarze.


-Tylko rozumu trochę mało- skwitowała Milly, sprowadzając go brutalnie na ławkę z wyżyn próżności.


 


Cassidy'ego obudziło szarpanie za rękę. To Matt nad nim stał.


-Stary, jest czternasta- poinformował- Musisz wstać, wziąć prysznic, zjeść coś- i mówię to z przykrością i pewną trudnością, jak na luzaka przystało, odrobić prace domowe.


Cassidy niechętnie usiadł na łóżku i patrzył przed siebie nieprzytomnie. Matt obserwował go uważnie. Można nawet powiedzieć, że z pewną troską i obawą.


-Widziałem, że wróciłeś koło pierwszej.


-Trenowałem ze Spavin- mruknął, a potem próbował wstać, ale upadł. Wszystko go bolało. Plecy od padania, nogi od powstrzymywania ciosów pola siłowego, ręce od wymachiwania różdżką. Obie, bo Candance uważała, że dla pewności należy mieć ubezpieczenie.


-To przeklęta sadystka!- jęknął, jednak się podnosząc, głównie marzeniem o rozluźniającym mięśnie ciepłym prysznicu- Nauczyłem się więcej niż przez dwa miesiące u Nate'a, ale mam wrażenie, że zapłaciłem kilkoma latami życia. Ty uwierzysz, że ona mnie swobodnie atakowała? Normalnie jakbyśmy się na poważnie pojedynkowali! Stwierdziła, że nie będzie mnie oszczędzać. Że zdesperowany Nate może być tak dobry jak ona od niechcenia. A ona jest przecież cholernym geniuszem z obrony! Wyobrażasz to sobie? Już nie mówiąc o tym, że uparła się nauczyć mnie robić patronusa. Patronusa, stary! Ktoś by pomyślał, że idę na wojnę, a nie na jeden pojedynek.


Umilkł by zaczerpnąć tchu, poza tym dotarł do łazienki. Wtedy usłyszał jak Matt wypuszcza powietrze i zaczyna... chichotać. Cassidy obrzucił go wściekłym spojrzeniem i trzasnął za sobą drzwiami łazienki.


 


Kiedy wyszedł, razem z Mattem udali się do Pokoju Wspólnego. Zaczęli pracować nad esejami w towarzystwie kanapek i weekendowego rozgardiaszu. Po wielu latach praktyki potrafili się jednak skupić nawet w takich warunkach. Cassidy jednak potrzebował w tym celu kawy. Wielkiego kubka czarnej kawy.


-Zauważyłeś?- odezwał się Matt w czasie swojej przerwy. Cassidy nie od razu oderwał się od swojego wypracowania. Najpierw skończył zdanie, a dopiero później na niego spojrzał.


-Co?- zapytał z deka otępiały.


-Ludzie się gapią na ciebie i szepczą. To normalne, zwłaszcza w obliczu ostatnich... wydarzeń. Ale teraz wygląda to trochę inaczej. Są... cichsi i jakby skonfundowani. Zdaje się, że zacząłeś ich zaskakiwać.


Cassidy uśmiechnął się i wzruszając ramionami potoczył wzrokiem po Pokoju. Rzeczywiście, kilka osób ze zmieszaniem wróciło do innych zajęć.


-To pewnie moja przyjaźń z nienawidzoną dotychczas Spavin. Ludzi dziwi sytuacja, że osoba lubiana zadaje się z kimś o złej sławie. Nie rozumieją.


Matt pokiwał głową.


-Tak, to jasne. Właśnie tak to sobie tłumaczę. Czyli przyjaźnisz się ze Spavin? Już nie z Nate'm? Czy nie wydaje ci się to trochę dziwne? Wygląda to dziwnie, jeśli chcesz znać obiektywną dość opinię.


Sand kiwnął ze zmęczeniem głową i potarł czoło. Potrzebował masażu, który uwolniłby go od tego napięcia mięśni. Prysznic nie był wystarczającym lekarstwem na trening Spavin i towarzyszący ostatnim miesiącom nieustanny stres.


-Wiem, ale to naprawdę nie moja wina. Sam jestem zaskoczony. Na początku lubiłem Nate'a, a jej nie znosiłem. Ale potem ich bliżej poznałem... I na ten moment mam ochotę przestawić Nate'owi klepki w głowie za pomocą ciosu w nos. Nie wiem- wzruszył bezsilnie ramionami- Naprawdę już nie wiem czy to jego wina czy to tylko Ellie go tak... zepsuła. Chociaż, może Spavin ma racje i on po prostu nie ma kręgosłupa i własnego zdania- nagle zorientował się, że prowadzi na głos rozmowę z samym sobą na dość prywatne tematy- Porozmawiajmy o tym bardziej dyskretnie- mruknął- A ty w końcu przesuniesz jakiegoś pionka na tej twojej rozgrywce z Rachel?


Matt odruchowo spojrzał w kierunku, gdzie siedziała dziewczyna z koleżankami. Natychmiast stał się jakiś nieobecny i wzruszył ramionami.


 


W tym tygodniu na eliksirach Can ponownie usiadła obok Cassidy'ego. Był tym zbyt zadowolony by zauważyć Lance'a, nie mówiąc o tym by pamiętać by posłać mu triumfujące spojrzenie. Być może tylko dlatego, z braku prowokacji i jawnej rywalizacji ze strony Sanda, długo nie dochodziło do żadnej rozgrywki. Zwłaszcza, że pozornie nic ich więcej nie łączyło. Lance zauważył jednak, że Can już z nim nie grywa z szachy, wyjaśniając, iż jest zajęta. Tłumaczył to jednak zupełnie inaczej, jako, iż dziewczyna nagle zaczęła od czasu do czasu pokazywać się w towarzystwie koleżanek z klasy, Arley i Casey.


O dziwo, Meg wcale im nie towarzyszyła. Było to tym bardziej dziwne, iż obie dziewczyny ją zapraszały na wspólne posiłki. Candance tego nie robiła, ale z chęcią spotykała się z nimi. Na początku obawiała się, że w sytuacji pozbawionej kryzysu nie będzie potrafiła znaleźć z nimi wspólnego tematu, ale szybko zorientowała się, że martwiła się niepotrzebnie. Arley i Casey potrafiły prowadzić rozmowy o wszystkim, przeskakując z tematu jak z kwiatka na kwiatek. Jednocześnie, widząc najwyraźniej dobre chęci Spavin, ale także obawy, starały się ją przyzwyczaić, nie napierając by coś mówiła. Zwracały się jednak do niej, rzucały porozumiewawcze spojrzenia i uśmieszki. Spavin prowadziła treningi dla Cassa o 20, a wcześniej odrabiała lekcje lub właśnie towarzyszyła szalonej dwójce. Umówiły się, razem z Milly i Suzy, które- na czele z Gryfonką- zdawały się bardzo przypaść Krukonkom do gustu, na babski wieczór na piątek.


Kiedy we środę na kolacji Can poinformowała Cassidy'ego, że ma wolny od treningu dzień, niemal spadł z ławy. Dopiero teraz podniósł na nią wzrok znad talerza i zauważył jej podejrzaną radość. Jedzenie utknęło mu w gardle. Ocknął się, przerażony nagłym domysłem i je przełknął.


-... Spo..tykasz się z Lance'm?- zapytał. Pokręciła głową, najwyraźniej zdziwiona i rozbawiona tym pomysłem.


-Nie, z koleżankami- odparła z zadowoleniem- Mamy rzucać rzutkami w zdjęcie Garetha Morrowa, bo był z Arley na trzech randkach, a teraz nagle zaprosił do Hogsmead Julię.


-Julię?- zapytał zaskoczony Cassidy. Candance wzruszyła ramionami.


-Najwyraźniej jej przeszedłeś- powiedziała, odchodząc.


Cass'owi nie podobało się, że już się zmyła. Spojrzał z żalem na niedokończony obiad i zerwał się z miejsca by ją dogonić.


-A propos Hogsmead...


 


Candance nagle poczuła, że serce jej wskoczyło do przełyku. Spojrzała na Cassidy'ego, mając nadzieję, iż nie zdradza swoją miną żadnych uczuć czy oczekiwań.


-Tak?- zapytała ze zbyt wielkim chłodem, który przydarzał jej się, kiedy próbowała za mocno ukryć swoje uczucia


-Masz jakieś plany?- zapytał, rozglądając się gdy wyszli z Wielkiej Sali. Może gdyby poświęcił mniej uwagi korytarzowi, a więcej twarzy koleżanki, zauważyłby jej badawcze, niemal podejrzliwe spojrzenie.


-Nieee.


-Świetnie, bo mam pewien pomysł. Przeszukamy pokój Ellie- ostatnie zdanie wyszeptał, jakby bał się, że ktoś ich podsłuchuje. Dopiero teraz spojrzał na Candance. Jej twarz była maską. W jej głowie wiele się działo, ale nie było tego widać.


Ostry jak uderzenie obuchem zawód został zastąpiony przez zwymyślanie sobie od naiwnych, od oszukujących samych siebie idiotek. Na ogół nie myślała o tym, że postawiła Cassidy'emu ultimatum: przyjaźń albo... albo coś więcej. Nie myślała o tym, bo wtedy przypominała sobie, że nie udzielił jej odpowiedzi... Ale milczenie też było jakąś odpowiedzią. Zachowywał się jakby była jego przyjaciółką, to więc musiała być jego decyzja. Najwyraźniej zrozumiał ją, ale nie sądził, że powinien powiedzieć jej to prosto w oczy. Candance wcale nie chciała tego usłyszeć, czułaby wtedy upokorzenie. Zawsze uważała za upokorzenie to, iż zależało jej na osobach, które o nią nie dbały. Ale z Cassidym było zarazem łatwiej i trudniej. Jednak wolałaby usłyszeć, bo chciała mieć pewność... pewność, że nie stracili żadnej szansy.


Zaraz jednak wróciła na miejsce i zrozumiała, o co chodzi. Pokiwała głową z zadowoleniem. Stawała się coraz lepsza w... przyjacielowaniu Sandowi. Miała najlepszego nauczyciela: jego samego.


-Świetny pomysł.


-Jeden z wielu- powiedział z dumą- Przed imprezą Slughorna wyciągnąłem od Nate'a wspomnienie tamtego przyjęcia. Chcę obejrzeć czy nie zauważę czegoś ważnego. Czy dasz mi też swoje?


Nagle zorientował się, że chyba popełnił błąd. Candance stanęła, cała zesztywniała. Patrzyła na niego z pewnym... Przerażeniem? Nic nie mówił, za bardzo obawiając się, że popełniłby nieostrożnym słowem jeszcze większy błąd.


-To nie jest dobry pomysł, Sand- odezwała się w końcu, nieznacznie się opanowawszy.


-Dlaczego?


Oderwała od niego wzrok. Cassidy zauważył, że dłonie miała zaciśnięte w pięści. Zastanawiał się, czy ma raczej ochotę go uderzyć czy się rozpłakać. Zazwyczaj uznałby za bardziej prawdopodobną wersję pierwszą. Ale teraz nie była wściekła. To było coś... dużo poważniejszego.


-To... to było... upokarzające dla mnie, Cassidy. Nie chcę byś na to patrzył.


Tym razem też zauważył, że nazwała go po imieniu. Najwyraźniej mówiła tak kiedy przekazywała coś nadzwyczaj ważnego. Dobrze, powoli uczył się jej logiki. I to też całkiem zrozumiałe.


Spojrzała na niego teraz. Była ponura i zdecydowana.


Cassidy przez chwilę chciał powiedzieć, że w takim razie nie ma problemu, zaraz po powrocie zbije fiolkę. Ale potem się opamiętał. I nie wiedział, co ma teraz zrobić. Aż w końcu jego błąkający się w poszukiwaniu ratunku wzrok padł na jej pięść. Wziął ją do ręki i lekko oderwał od siebie palce. Ścisnął jej dłoń.


-Wiem, Candance. Ale pewnych szans nie można nam zmarnować, jeśli chcemy dotrzeć do prawdy. Zależy ci na dowodach bardziej niż mnie. I to wcale nie dlatego by rzucić to w twarz oszczercom. Nie chcesz mieć wątpliwości co do naszej wiary w twoją niewinność.


Candance nic nie powiedziała, a moment natchnienia Cassidy'ego minął. Patrzył na jej dłoń, a potem podniósł na nią wzrok i uśmiechnął się wesoło.


-Oczywiście wstrzymam się tak długo aż mi pozwolisz. A może nawet nie będzie to potrzebne. Kto wie?- powiedział wesoło i wypuścił z ociąganiem jej rękę by odbiec w kierunku swojej wieży.


-Widzimy się wieczorem!


 


Lance siedział w Pokoju Wspólnym i odrabiał lekcję. Jego fotel znajdował się we wspaniałym miejscu obserwacyjnym. Widział co się dzieje, a jednocześnie mógł obserwować kto wychodzi. Na przykład bardzo go zaniepokoiło, iż Candance wyszła gdzieś za dziesięć dwudziesta. Nie szła raczej do biblioteki, zawsze praktycznie załatwiała to rano. Wyjaśnienie było jedno. Szła się z kimś spotkać. I miał wrażenie, że wie z kim. Bynajmniej mu się to nie podobało.


Zastanawiał się co z tym zrobić gdy nagle tuż przed nim pojawiły się dwie koleżanki, Arley i Casey. Nie zauważył, że się zbliżają, bo był zbyt zajęty rozmyślaniem. Nie powinien tak dawać się z zaskoczyć... Spojrzał na nie z uprzejmym zainteresowaniem i bezpieczną dozą zdziwienia. Wydały mu się nienaturalnie poważne.


-Musimy pogadać- oznajmiła Arley z uporem. Casey kiwnęła głową. Lance uniósł brwi i wskazał fotel obok. Pokręciły głowami.


-Jest ktoś w waszym dormitorium?- zainteresowały się. Pokręcił głową, więc chwilę później się tam znaleźli. Arley bez problemu zajęła miejsce na jednym z łóżek. Casey rozglądała się po pokoju jakby upewniając się, że są tu bezpieczne. Lance czekał.


-Wiesz, zrobiło nam się ciebie szkoda, więc postanowiłyśmy cię ostrzec. Candance jest zakochana w Cassidy'm Sandzie- powiedziała Arley brutalnie. Casey parsknęła i spojrzała na nią z pretensją.


-Może nie od razu zakochana! Zauroczona- poprawiła przyjaciółkę- No i naprawili stosunki. Tak więc chyba...- zacięła się i szukała wsparcia u bardziej bezczelnej Arley.


-Myślimy, że lepiej dla ciebie będzie nie mieć oczekiwań. Zdaje się, że on też ją lubi.


Lance przez dłuższą chwilę milczał. Arley i Casey przyglądały się mu w milczeniu, oczekując reakcji z typowym dla Krukonów niepohamowanym zainteresowaniem.


-A co jeśli ja nie chcę się poddać?


Spojrzały na siebie i w końcu odezwała się ponownie Casey.


-To się chwali.


-Po prostu... czasami łatwiej odpuścić gdy jest jeszcze wcześnie- dodała Arley. Lance przyjrzał się jej uważniej. W końcu się uśmiechnął i był to bardzo chłodny uśmiech.


-Czasami wcześnie jest już za późno.


Otworzył drzwi i dał im niegrzeczny znak by wyszły. Wciąż uśmiechał się. Arley niemal usłyszała duchowe westchnięcie Casey. Ona z kolei wewnętrznie się skrzywiła. Coś jej się w tym wszystkim nie podobało. Było coś dziwnego i nienaturalnego w milczącym sposobie bycia Lance'a.


-Idiota- szepnęła na sekundę przed zamknięciem drzwi.


Kiedy wyszły uśmiech Lance'a wcale nie zniknął. Zmienił się tylko jego wyraz. Teraz był cyniczny i sprytny, trochę ironiczny. Gdyby miał w nawyku mówić do siebie, powiedziałbym, że daleko mu do idioty, cokolwiek sądzi Arley z tym swoim ślicznym tyłkiem.



Nate wpadł na Candance kilkakrotnie. Nie wyglądała na skruszoną czy załamaną. Kolejny dowód, że to zimnokrwista egoistka, która manipulowała nim całe ich życie. Ellie miała rację, jak mógł być tak ślepy... Tak samo w kwestii Cassidy'ego. Dlaczego niby najpopularniejszy chłopak w szkole miałby się chcieć z nim zadawać. Więcej, pomagać mu. Z dobroci serca? Przecież to tylko poza. Dosyć wiarygodnie odstawiona, ale wciąż poza. Nie rozumiał tylko reakcji Lance'a. Nagle przestał przystawać z nim Tony'm i Robertem. Kiedy Nate pytał go czemu z nimi nie idzie, powiedział, że woli poczytać. Nie przeszkadzało mu, cokolwiek pomyślą. Totalnie ich olewał. Kiedy Bagnold zwrócił na to uwagę reszcie kolegów tylko wzruszyli ramionami.


-Normalka. Lance robi wszystko z rozmysłem. Kumpluje się z nami, gdy czegoś chce. Jak na mój gust to Spavin, bo przecież to właśnie się ostatnio zmieniło.


Nate nie mógł w to uwierzyć, ale tylko w pierwszej chwili. Kiedy szybko przemyślał relacje Lance'a z Candance, zaczynało to mieć sens. Dwulicowy drań. Warty tej intrygantki. Nate miał nadzieję, że sami siebie wykończą. A przy okazji Cassidy'ego.


-Jak mogłem mylić się co do tylu osób?- wypowiedział na głos słowa, które od dłuższego czasu kołatały mu w głowie. Tony i Robert wymienili spojrzenia, ale nic nie powiedzieli. Nate jednak, nauczony ostatnimi wydarzeniami podejrzliwości, nie zamierzał tego zostawić bez wyjaśnienia.


-O co wam chodzi?


Ponownie wymienili spojrzenia i Tony wzruszył ramionami.


-Wiesz, że nie jesteśmy wielkimi fanami Spavin. Ani Cassidy'ego jeśli już o tym mowa. Ale wiesz, Nate... nigdy nie jest dobrze gdy przez dziewczynę musisz odejść od przyjaciół.


Robert pokiwał głową, wyrażając swoją aprobatę dla słów przyjaciela.


-Ale on napadł na moją dziewczynę!- zapytał Nate. Ze zdenerwowania jego głos się uniósł i brzmiał piskliwie, jak u dziecka.


-Na pewno?- zapytał Robert ostrożnie- Widziałeś wszystko? Cassidy'emu ciężko byłoby utrzymać takie uwielbienie do swojej osoby gdyby wyprawiał takie historie.


-Poza tym, Helen twierdzi, że Cassidy się zakochał. Tak prawdziwie. Wcześniej bywało tak, że kiedy zrywał z jakąś dziewczyną to stosunkowo niedługo potem zaczynał okazywać względy wszystkim wolnym dziewczynom. A teraz... Wszyscy widzą, że on skacze tylko wokół Spavin. Poza tym widziałeś jak patrzy na Lance'a? Cassidy nigdy nie był wrogi ani zazdrosny. A kiedy patrzy na Lance'a to jakby tężały mu wszystkie mięśnie.


-Mam wrażenie, że ludzie mieliby dużo lepsze oceny gdyby czas poświęcany plotkowaniu i tworzeniu bzdurnych teorii poświęcili na naukę...- mruknął Nate. Nie wiedział, co o tym wszystkim myśleć. Zastanowi się później. Teraz trzeba kuć żelazo póki gorące.


-Skoro Lance was wykorzystuje, czemu mu na to pozwalacie?- zadał pytanie, które go nurtowało od dłuższej chwili.


-To dla odmiany proste!- roześmiał się Tony- Lance dodaje nam prestiżu.


-A prestiż i popularność to dziewczyny- dokończył Robert z perspektywy singla.


Nate nie mógł mieć im tego za złe. W końcu czy dwa miesiące temu nie zgodził się na podobny układ z Cassidy'm? Prosił go tylko o jedno. O pozostawienie Ellie. Ale nie. Tego jednego nie mógł Sand dotrzymać.


 


Cassidy nie liczył już, ile razy Candance tłumaczyła mu, co ma zrobić. Ile razy próbowała go postawić przed sytuacją, której bardzo się bał...


-Dlaczego chcesz mnie nauczyć Patronusa?- zdenerwował się, kiedy z jego różdżki poleciała zaledwie smużka srebra- Przecież to strasznie nieprzydatne w pojedynku!


-Wręcz przeciwnie- burknęła- W pojedynku liczy się stan umysłu. Cała obrona przed czarną magią opiera się na stanie umysłu. Jak wielu zaklęć bym cię nie nauczyła, jeśli nie będziesz potrafił się opanować na tyle by je wykorzystać, pójdą na marne. Musisz się skupić. A nie ma lepszego zaklęcia na naukę koncentracji niż patronus. Tak więc, jeszcze raz, Cassidy.


Użyła jego imienia. Znów. Coś w jego wnętrzu się zaczęło uśmiechać. Nie mógł w to uwierzyć. Reagował kompletnie absurdalnie.


-Expecto patronum!- zawołał raczej z musu niż chęci. Jednak wewnętrznie cały się śmiał... I może dlatego tym razem z jego różdżki uderzyła silna kula srebrzystego światła


-Świetnie!- zawołała uradowana Spavin. Cassidy przyglądał się krążącej po sali kuli, nagle pełen wątpliwości.


-Can, wydawało mi się, że one powinny mieć jakiś kształt.


-Niekoniecznie, nie w naszym wieku- poinformowała- Patronus przybiera zazwyczaj kształt czegoś, co jest dla nas niezwykle ważne. Albo raczej przybiera kształt czegoś, co utożsamiamy z tym, co jest dla nas ważne. Mój też jest nieuformowany, popatrz.


Candance zeskoczyła z biurka, na którym siedziała, wymachując swoimi ciężkimi butami. Dzisiaj miała na sobie grube czarne rajstopy i czarny długi sweter z jedną małą czerwoną różą u dołu. Cassidy zdziwił się, że zwraca uwagę na to, jak ona się ubiera. Nigdy wcześniej nie obchodziły go takie rzeczy. Ale było coś w jej ubiorze, co po prostu było... całą nią. Jej ognista dusza, kryjąca się gdzieś pośród czerni samokontroli...


Can stanęła bokiem i wyciągnęła różdżkę. Wyglądała jak szermierz, a jej wyraz twarzy był niezwykle skoncentrowany. Cassidy zastanawiał się, jakie wspomnienie przywołuje by wywołać patronusa. Cokolwiek to było, ona potrafiła się powstrzymać przed chichotaniem, gdy głośno wykrzyknęła zaklęcie.


Z różdżki nie wypłynęła srebrna kula. Najpierw pojawiło się światło a potem... Przed nimi pojawił się...


Cassidy parsknął śmiechem.


-Lew?- zawołał- Śmieszyłoby mnie to bardziej tylko jeśli byłabyś Ślizgonką!


Dopiero wtedy zauważył, że Candance wpatruje się w srebrzystą dostojną postać lwa jak zaczarowana... Ale niekoniecznie pozytywnie. Wręcz przeciwnie. Wyglądała na zszokowaną i... przerażoną?


-Candance?- odezwał się ostrożnie, podchodząc do niej. Przypomniał sobie, że przecież właśnie miała mu udowodnić, że jej patronus nie ma formy. Pokazała coś dokładnie odwrotnego.


-Hej, wiem, że to zaskakujące, ale to chyba nie problem, że twój patronus przybrał formę?


Ocknęła się z szoku pod koniec jego wypowiedzi, przynajmniej na tyle by na niego spojrzeć. Otworzyła usta, ale nic się z nich nie wydostało. Cassidy wpatrywał się jak idiota w jej otwarte usta, przypominając sobie ich pocałunki na szycie wieży... Can otrząsnęła się i to go także wyrwało z zamyślenia.


-Nie, oczywiście, że... nie. Wykonaj jeszcze razy wszystkie zaklęcia jakich cię nauczyłam, będziemy powoli kończyć.


 


Candance usiadła z powrotem na biurku i objęła ramionami kolana. Przyglądała się jak Cassidy ćwiczy zaklęcia, ale tak naprawdę go nie widziała. Wciąż widziała oczami wyobraźni swego srebrzystego lwa. I była przerażona, jasne było bowiem dla niej, że to nic innego jak symbol... uczucia?... do Cassa. Zdecydowanie przybierało to z jej strony zbyt... poważny wygląd. Patronus? Spavin, opamiętaj się. Nie trzeba było robić patronusa tak bez przywołania wspomnienia, nie trzeba było wykorzystywać tego przyśpieszonego bicia serca, które wywołał ten durny gryfon jednym uśmiechem radości.


Powinna wiedzieć lepiej.


 


Cassidy odprowadził ją do wieży. Rzadko to robił, bo zazwyczaj był zbyt zmęczony. Dzisiaj też, ale rozpierało go samozadowolenie. Próbował sprowokować Candance do pochwalenia go, ale wyszło mu zadziwiająco łatwo. Zdawała się być myślami gdzieś daleko. Nie żeby zazwyczaj była rozmowna... ale zazwyczaj podczas treningów nieźle go... dopingowała, jeśli można tak nazwać krzyki godne koszmarnego belfra bądź bokserskiego trenera. Dzisiaj jednak, od kiedy zobaczyła kształt swojego patronusa, zdawała się być w innym świecie. Była drażliwa i milcząca. Nie rozumiał dlaczego. Poddał się w końcu w próbach nawiązania rozmowy i zastanowił się nad tym, co wisiało między nimi w powietrzu już wcześniej: jej ultimatum. Nie wiedział, jak powinien zareagować. Jednocześnie... chciał jej, jako dziewczyny, chciał mieć powody patrzeć spode łba na Lance'a, odgarniać jej włosy z twarz, całować i przytulać. Jednocześnie jednak miał obawy. Candance powiedziała mu w zasadzie, że by się zgodziła, więc najwyraźniej jej się podoba. To go zdziwiło, był przekonany, że go nie znosi. Jednak to też sprawiło, że nie chciał się śpieszyć. To bowiem, jakim tonem to powiedziała, w jaki sposób nie była pewna ich przyjaźni... sugerowało mu, że potrzebują jeszcze czasu by się lepiej poznać, by zbudować więcej zaufania. By wyjaśnić te inne kwestie, w które się władowali. Nie chciał by tym razem wyszło... jak zwykle. To, co jest łatwe zawsze też łatwo odchodzi. Candance co prawda już i tak nie mogłaby podpadać pod tą kategorię, ale... przeczuwał, że jak na to, czego chciał, wciąż jeszcze byłoby za wcześnie. Więc czekał, starając się żyć ze strachem, że jego odwlekanie nie sprowokuje jej by zacząć się umawiać z Lancem czy kimkolwiek innym.


Odprowadził ją pod drzwi.


-Do zobaczenia jutro- powiedziała Candance bardzo spokojnie. Może nie oficjalnie, ale i tak było zbyt blisko Lodowej Damy. Jego przekora, jego sprzeciw zadziałały zanim zdążył się zastanowić. Zanim zdążyła się odwrócić, objął ją. Czuł jej sztywność w swoim uścisku. Dopiero po chwili się rozluźniła. Trochę.


-Can. Nie myśl zbyt dużo, to tylko przeszkadza.

Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Szablon wykonala Carla na potrzeby No Solution. Wszytkie ważne informacje zwiazene ze stron? na FORUM